DRZEWORYTY

Dostałam od przyjaciół w prezencie urodzinowym lustro. Byłoby ono bardzo niepozorne i pewnie niegodne uwagi, gdyby nie to, że zostało ozdobione przez bliskich mi ludzi naszymi wspólnymi zdjęciami i pamiątkami z podróży. Wręczono mi je ze słowami: „Spróbuj spojrzeć na siebie naszymi oczami”.
Nietrudno jest dostrzec paradoks zawarty w tym sformułowaniu. Postrzeganie świata i siebie samego niejako w oderwaniu od własnego sposobu myślenia, spojrzenie na pewne sprawy cudzymi oczami to nierzadko karkołomne zadanie. Istnieje jednak narzędzie, które dla każdego z nas może okazać się lustrem podarowanym przez przyjaciół – jest nim sztuka. To ona z jednej strony pozwala nam na skrajny subiektywizm, skupianie się na własnych przeżyciach płynących z doświadczania jej. Z drugiej strony tworzy przestrzeń, dzięki której możemy choć przez chwilę widzieć świat tak, jak postrzegają go ludzie, od których oddziela nas odległość i czas.



Ostatnio najpełniej zdałam sobie z tego sprawę, kiedy odwiedziłam wystawę drzeworytów japońskich w Muzeum Narodowym w Warszawie. Została ona zaplanowana jako swoista podróż – ukazuje cykle dzieł, które tworzą spójną opowieść o życiu codziennym, miejscach, obyczajach Japonii w epoce Edo. Wystarczy poddać się oddziaływaniu dzieł Hokusaia czy Hiroshige, by przekonać się o wspomnianych wcześniej właściwościach sztuki.



Oglądając te drzeworyty, nie wzbogaciłam się, rzecz jasna, o zdolność nazwania przedstawionych przedmiotów, obrzędów itd. Próbowałam jednak uchwycić istotę egzotycznej, fascynującej kultury, miałam wrażenie, że staję się nie tylko obserwatorką, ale wręcz uczestniczką przedstawionej tam rzeczywistości. Na tym właśnie polega sugestywność tych drzeworytów. Utrwalają przemijające piękno chwil, które – być może – nigdy się naprawdę nie zdarzyły, ale nie to jest najważniejsze. Ukazują ludzi, którzy w jednej chwili stają się bliscy, mimo ich zakorzenienia w dziewiętnastowiecznej rzeczywistości i innej kulturze, choćby przez to, że nieudolnie próbują ochronić się przed wichurą i deszczem za pomocą niewielkiej parasolki.



Przyglądając się tej scenie, naprawdę poczułam na twarzy podmuchy wiatru. I choć zdawałam sobie sprawę z tego, że ulegam złudzeniu, daję się wciągnąć artyście w umiejętnie zaplanowaną przez niego grę, to jednak nie mogłam przestać poddawać się wrażeniu tworzonemu przez rozległą przestrzeń niezwykłego, a zarazem w pewien sposób oswojonego i znajomego krajobrazu. Podążając wzrokiem za wszystkimi nieludzko precyzyjnymi załamaniami linii poprowadzonej wprawną ręką artysty, obserwując miejscami delikatne, a czasem zdecydowane przejścia plam barwnych, doszłam do wniosku, że to one same w sobie stanowią najlepsze i jedyne wyjaśnienie treści tych przedstawień.



Zawarte w nich piękno jest bowiem niezależne zarówno od czasu, jak i obszaru geograficznego. Pozostaje zarazem nieuchwytne i konkretne, wręcz namacalne. Wystarczy tylko podejść blisko. Przez chwilę spojrzeć na świat cudzymi oczami, nie zapominając o własnej wrażliwości.


fotografie:
-MUZEUM NARODOWE W WARSZAWIE – Drzeworyty z kolekcji Jerzego Leskowicza

Text: Paula Mroczkowska